O dwóch takich co zaliczyli zimą Śnieżkę :)

termin: 8/12/2016

 

Ciężko znaleźć dwóch wariatów, którzy w środku tygodnia postanawiają przejechać ponad 500 km – w jedną stronę, żeby pobiegać po górach.  Środa rano, telefon do Pawła „może masz ochotę przejechać się ze mną do Karpacza na trening?, odpowiedź kolegi bardzo konkretna- „o której wyjeżdżamy?”

 

Po kilku godzinach jazdy, wieczorem zawitaliśmy do pensjonatu Jawor w Karpaczu. Bardzo przyzwoita kwatera, czysto, schludnie, spokojnie. Jako, że jesteśmy posiadaczami małżonek, takie wyjazdy traktujemy jako odskocznię od codziennego życia i przez chwilę możemy poczuć się jak uczniowie na wyjeździe szkolnym :). Pozbawieni smyczy lecimy do sklepu gdzie kupujemy wino i delektujemy się smakiem i rozmową o planach jutrzejszej wędrówki. 

 

6:30 pobudka, śniadanie- standardowo owsianka z ulubioną odżywką białkową Olimp Whey Protein Complex 100% i porcja witamin Olimp Vita-Min Multiple Sport które mają wzmocnić organizm i uchronić przed skurczami ( prezenty od sponsora Sklepu DSO.PL).  Spakowanie w plecak najpotrzebniejszych rzeczy: ubranie na zmianę, prowiant, telefony i wyjazd pod Kolej Linową w Karpaczu gdzie zaczynała się nasza wędrówka. 

 

Kilka minut przed godziną 8:00 byliśmy już na czarnym szklaku prowadzącym na Śnieżkę. Pogoda trafiła nam się fantastyczna. Praktycznie bezchmurne niebo, temperatura kilka stopni na plusie.  Pierwszy kilometr trasy dość ciężki, oblodzona trasa i topniejący-ciężki śnieg utrudniał  wędrówkę. Kiedy już pojawiliśmy się na wysokości Białego Jaru, dalsza trasa była  o wiele łatwiejsza.  Słońce zaczęło wychodzić zza szczytu Śnieżki, pogoda naprawdę nas rozpieszczała. Jedynie silny wiatr powodował utrudnienia w marszu. Pierwszy przystanek zrobiliśmy tuz pod szczytem w Domu Śląskim, gdzie za kilkanaście złotych zjedliśmy zupę ( żurek i pomidorówkę), ogrzaliśmy i przebraliśmy w cieplejsze ubrania. 

 

Trasa z Domu Śląskiego w stronę szczytu była w 80% pokryta lodem. Chwilami trzeba było zbaczać z wyznaczonej trasy i wdrapywać po kamieniach. Wiatr z minuty na minutę wiał coraz mocniej, kiedy znaleźliśmy się na górze byliśmy pewnie że za chwilę wiatr urwie nam głowy. Kilka minut na pamiątkowe zdjęcia i postanowiliśmy wracać tą samą drogą w dół.  

Bardzo obawialiśmy się drogi powrotnej. Spore oblodzenie trasy mogło skutkować pośliźnięciem i niechcianą kontuzją. Kiedy dotarliśmy na wysokość Domu Śląskiego, słońce zdążyło już rozpuścić lód na szlaku. Mogliśmy popisać się swoimi biegowymi zdolnościami. Na uznanie zasługuje Paweł, który leciał jak szalony w dół. Ja kilka…kilkanaście metrów za nim starałem się przysłowiowo „ spuścić w dół” jednak blokada w mojej głowie i obawa kontuzji nie pozwalała na rozwinięcie odpowiedniej prędkości. 

 

Trasa w górę, razem z przerwą na drugie śniadanie zajęła nam ok. 2,5 godziny. Powrót ok. 1 godziny.  Super przygoda, która na stałe zapisze się w naszej pamięci :)