Reebok Spartan Race Węgry - Epleny ZALICZONY 

 

Polak-Węgier dwa bratanki, do Spartana i do ….. Wypadało by napisać – szklanki, której podczas mojej wyprawy na Węgry nie widziałemJ Koniec października przyniósł pierwsze mrozy i ostatni bieg Spartan Race w Środkowej Europie. Epleny, mała węgierska osada położona w niskim paśmie górskim miała przyjemność gościć prawie 2,5 tysiąca zawodników. Nieprzypadkowo napisałem o „przyjemności goszczenia Spartan”. Podczas zawodów w promieniu kilku kilometrów trudno jest znaleźć nocleg. W sezonie letnio-jesiennym, kiedy odbywa się najwięcej startów,  jest to spory zastrzyk gotówki dla lokalnych przedsiębiorców ( hotele, pensjonaty, restauracje)
W sezonie 2015 był to mój trzynasty występ w biegu Spartan Race. Nie udało mi się zaliczyć jednego biegu. Podczas eventu w Koutach mieliśmy do pokonania w sobotę SUPER, niedzielę BEAST.  Z powodów zdrowotnych i trudności noclegowych nie zdecydowałem się na niedzielny start.
Długo zastanawiałem się, czy ruszyć na dość długą spartańską wyprawę na Węgry. Do pokonania prawie 900 km w jedną stronę. Po dość burzliwych przemyśleniach i przekonaniu żony udało mi się podjąć decyzję-JADĘ. Większość wypraw na zawody odbywała się w bardzo SPARTAŃSKICH warunkach. Np. start w Gdyni: skończyłem pracę w Warszawie o 22:00, 4-5 godzin jazdy autem, kilka godzin snu i start.
Wyjazd na Węgry miał być inny. Wyjechałem już w czwartek, dwa dni przed startem. Na miejscu pojawiłem się ok. godziny 19:00. Pierwszy cel jaki obrałem to zakupy w pobliskim TESCO. Kolejny etap- szukanie noclegu. Bardzo blisko miejsca, gdzie odbywał się start, znalazłem bardzo przytulny pensjonat. Byłem bardzo zadowolony, że tak szybko znalazłem miejsce do spania i odpoczynku. Moja radość nie trwała długo. Pani „właścicielka” poinformowała mnie, że mogę zostać tylko jedną noc. Przezorny zawsze ubezpieczony...drugą noc postanowiłem spędzić w moim wysłużonym aucie. Zawsze zabieram ze sobą karimatę, śpiwór i poduszkę. Po kolacji, zmęczony trasą, nawet nie wiem kiedy usnąłem. Pobudka o godzinie 8:00 i planowanie jak spędzę piątek. Pierwsza myśl jaka przychodziła do głowy to wyjazd nad jezioro BALATON.  Szybko się spakowałem, zapłaciłem 20 euro za nocleg, wszystko to popiłem cienką kawą za 1 euro i wyruszyłem na zakupy do znajomego sklepu. Pocałowałem klamkę…miasto ZIRC było wymarłe. Przechodzeń poinformował mnie, że dzisiaj jest duże Święto Narodowe. Wszystkie sklepy są w tym dniu pozamykane. Pojawiło się pytanie-co będę jadł przez cały dzień? 
(Jezioro Balaton)
Kierunek BALATON, pod drodze zatrzymałem się w przydrożnym barze, gdzie swoją łamaną angielszczyzną zamówiłem 5x kotlet schabowy z ryżem. Był to mój prowiant na cały dzień.  CSOPAK-malownicza miejscowość nad Jeziorem Balaton była celem piątkowej wycieczki. Wydawało się, że człowiek przeniósł się do innego kraju. Temperatura ok. 18 stopni Celsjusza.  Zielono, palmy w donicach, kwitnące bratki i krystalicznie czysta woda. Szkoda, że zawody nie były organizowane w okresie letnim. Najchętniej wskoczyłbym do wody i nie wychodził przez kilka godzinJ  Ok. godziny 19:00 pojawiłem się z powrotem w Eplenach na miejscu zawodów. Powoli zaczęły pojawiać się pierwsze samochody z zawodnikami. Miasteczko Spartan Race ulokowano tuż pod wyciągiem narciarskim, wolontariusze dopinali wszystko na „ostatnio guzik”. Godzina 20:00 zjadłem ostatnią porcję zakupionego rano posiłku i grzecznie poszedłem spać. Na rano zostawiłem ryżowe „ krążki” i masło orzechowe ( posiłek przed startem).
( część drużyny Extreme Obstacle)
Noc minęła bardzo szybko, coraz większa liczba aut pojawiała się na parkingu. Był to odpowiedni moment, aby odebrać pakiet startowy i zjeść śniadanie. Mój start przypadał na godzinę 9:45. Śniadanie zjadłem ok. godziny 8:30. Przebrałem się w startowe ubrania i ruszyłem do centrum „miasteczka Spartan Race” Na miejscu rozgrzewała się już GRUPA ELITARNA, która startuje standardowo o godzinie 9:00. Peter Ziska ze swoją drużyną Extreme Obstacle udali się w górę wyciągu aby solidnie rozgrzać mięśnie przed męczącym biegiem.
20 minut przed swoim startem wypiłem podwójną kawę ,solidnie porozciągałem się i udałem na linię startu. Rano przywitał nas mróz ale z godziny na godzinę temperatura pięła się do góry. Tuż przed startem słońce wyszło zza gór. 
Piękna, lecz rześka pogoda towarzyszyła nam podczas startu. Pierwszy podbieg pod wyciąg z powodu dużego tłumu zawodników pokonałem wolnym truchtem. Kolejny etap trasy prowadził przez las o dość łagodnym nachyleniu. Spokojnym truchtem pokonywałem trasę. Po drodze kilka przeszkód, które już nie robią na mnie żadnego wrażenia. Pamiętam jednak o tym aby wszystkie starać się pokonywać dokładnie, bez zbędnego pośpiechu. Pierwsze karne burpees wykonałem na palikach. Blokada psychiczna jest w mojej głowie podczas każdego biegu Spartan Race. Boję się upadku, skręcenia lub złamania nogi/ręki. Dość drastyczna zmiana terenu pojawiła się na ok. 8 km. Pojawiły się bardzo strome podejścia, które chwilami trzeba było pokonywać na czworaka. Glina, kamienie sprawiały że zejścia przyprawiały również sporo trudności. Pierwszy raz udawało mi się zbiegać a nie drobić małymi kroczkami w dół.  Podpatrzyłem jak zbiegają w dół koledzy i koleżanki po „fachu”.

Biegnąc przez dość gęsty las  usłyszałem krzyki. Przypomniał mi się start w Budapeszcie, kiedy po raz pierwszy pojawiła się przeszkoda polegająca na zanurzeniu się w wodzie. Moje przeczucie mnie nie zawiodło-JEZIORO. Naszym zadaniem było przepłynięcie na drugą stronę. Przypomnę, że temperatura wieczorem wynosila ok. 0 stopnia Celsjusza. Kurczowo złapałem się liny, powoli zanurzałem swoje ciało w wodzie, drobiąc centymetr po centymetrze. Kiedy woda pojawiła się na wysokości pępka, ciało odmówiło posłuszeństwa.  Nie mogłem zrobić kroku, ciężko było też złapać odpowiedni rytm podczas oddychania. Zawróciłem, zastanawiałem się jak znaleźć się na drugiej stronie. Do głowy przychodził nawet pomysł wykonania karnych burpees.  Dobra…robię ostatnie podejście. Usiadłem w wodzie i od pasa w górę zacząłem polewać się wodą. Po kilku sekundach wolnym krokiem wchodziłem do wody. Kiedy już tafla wody była na wysokości klatki piersiowej zacząłem płynąć jedynym znanym mi stylem-żabkąJ Kiedy dotarłem na drugą stronę,nie czułem rąk i nóg. Ciało było jak z kamienia. Zacząłem wymachiwać rękami i robić przysiady aby rozgrzać troszkę mięśnie. Zauważyłem, że mam przed sobą kolejną przeszkodę-ściankę Wall Traverse. Bez namysły wykonałem karne 30 burpees, które sprawiło mi dużo przyjemności. Głośna muzyka która dochodziła do moich uszu oznaczała, że meta jest już blisko. Jeszcze tylko jedno zanurzenie się w wodzie, kilka błotnistych przeszkód i cel osiągnięty!!! 13,37 km mam już za sobąJ